Styczeń. W styczniu nie działo się za dużo, chociaż może zawodowo się podziało więcej. Się poreorganizowaliśmy, a przy okazji zwolniliśmy dwie panie po czterdziestce. Znaczy nie ja, ale szefostwo. Smutno się stało tak jakby. Ale świat nie wierzy łzom...
Luty. Krótki miesiąc. Pierwsze i jedyne w życiu valentine's day. Ale normalnie prawie jak ceremonia oscarowa. Niestety pierwszoplanowy aktor był po dwudziestoczterogodzinnej zmianie i zasnął. No i seks był. Ale w innych domach z betonów...
Marzec. Durny miesiąc w kalendarzu. Szczególnie pierwsza dekada, w której przyszło mi przyjść na świat. Poświętowaliśmy trochę. Chociaż w samotności, bo eksiowi się nie chciało i pojechał do domu. Niemniej poczuliśmy się dojarzalej. Ale jak pokażą kolejne miesiące - wesołe jest życie staruszka...
Kwiecień. No i się stało. Big bang. Adieu mon dieu. Się skończyło babce sranie. Po dziesięciu miesiącach zostałem pożegnany. Kulturalnie się odbyło jak na pedalską parę, choć wypowiedzenie nabierało mocy urzędowej jeszcze dwa miesiące. Ale powrotów nie będzie...
Maj. Ponoć to miesiąc miłości. Ale pewnie cudzej. Chyba za bardzo jeszcze się nie odnalazłem w nowej roli porzuconego kochanka, ale przyjdzie z czasem. W sumie miesiąc zakochania przeleciał mnie delikatnie mówiąc inaczej niżby się mogło to wydawać. Ale saska kępa i tak z pewnością pachniała. Ale nie byłem akurat w stolycy...
Czerwiec. W czerwcu chyba wojażowałem po węgrzech pędzać na zbicie karku wielkim dżipem. Bo robiłem za wożąc miss daisy. Potem jeszcze czechy i słowacja, a na koniec na chwilę do dedeeru wpadłem. A potem ktoś wyprowadził się ode mnie na prawie swoje. Tak więc podróżny worek i butelki coli dwie to lewy czerwcowy dwa...
Lipiec. To straszny miesiąc - patrzysz przez okno, a wszędzie pełno bachorów. Najlepsze w tym jest to, że autobusy jakby pustsze się wydają. W sumie nie pamiętam co się działo, bo tak naprawdę nie stało się nic...
Sierpień. Świnoujście. Bez dwóch zdań. Bandą pedałów pojechaliśmy wyrywać dupy nad morze. Skończyło się na tym, że je wylegiwaliśmy. Nikt nikogo nie poderwał, a nawet chyba nie przeleciał. No chyba że dzieciaki, bo nawet na plaży wiochę robiły. Więc czułem się co najmniej jak w pracy. Ale za to opaliłem się idealnie. Bo dziewczyny lubią brąz. Pff...
Wrzesień. We wrześniu dzieci idą do szkoły, a ja powinienem pójść z nimi. Po rozum do głowy najlepiej. Bo jak inaczej podsumować randkę z ciemnowłosym i doktorkiem, jak nie totalna pomyłka. Jak można było się umówić z kimś, kto na giegie na moich czternaście linijek bezsensownego tekstu odpisuje jedną buźką. Jak można było się umówić z kimś, kto zaraz po wymianie numerów gadulcowych wypłakuje się ze swego nieszczęścia i beznadziejności plus spowiada ci się z sesji u terapeuty... Bo fantazja, fantazja jest od tego. Aby bawić się, bawić się na całego!
Październik. Staż w sercu europy. Chociaż lepiej by to określić mianem dupy europy. W sumie w si-wi super sprawa, a tak naprawdę sam nie wiem po co mi to było. Najdłuższy miesiąc mojego życia spędzony w piwnicy za pięćset ojro. No i powróciłem tu, gdzie nadwiślański brzeg - tyle że kaczek jakby mniej na wodzie...
Listopad. W listopadzie dostałem kopa do góry. Aż mnie jeszcze przedziałek między pośladkami swędzi. Aaaa, no i coby nie było - nie dałem tego przedziałka nikomu. Nie tędy droga... Znaczy może tędy. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Więc zamiast dupą, szczytowałem głową. Znaczy tą wyżej. Bosh, tak czy inaczej muszę rozejrzeć się za jakąś szparką-sekretarką...
Grudzień. Jeszcze trwa. W sumie kilka imprez, kilka prezentów, kilka uśmiechów. I kończymy ten rok - jakby to powiedzieć - z mieszanymi uczuciami. Nauczyłem się sporo o sobie, wiem co dla mnie ważne, a co nie. Wiem co chcę osiągnąć, a nie wiem jak się do tego zabrać. Tak czy inaczej nie żałuję wiele, a niewiele nie żałuję wcale... Co by zacytować mojego ulubionego szanciarza - żegnam staruszkę lekki cały i ruszam w dół po schodach, nagle potykam się o mały wyjątek w jej prognozach. i myślę tak spadając z hukiem niby dojrzała gruszka - w końcu przyszedłem po naukę zatem niech żyje wróżka!

A na nowy rok (z małej literki ling!) - czyli 365 dni + 1 w promocji (będę jeden dzień dłużej młodszy :P)- wszystkim wam i sobie również życzę więcej mnie. Cobym tego bloga nie skasował aż do wielkanocy. No i żeby jutrzejszy rok był mniej wyboisty od tego, który się skończył. Bo długa droga daleka przed nami - trud i znój! Młode serca, a w rękach... yyy... zależy czy kto wolny czy nie... A poza tym robaczki kochane miłości wam życzę, a sobie kasy. Bo jak się nie ma, co się chce, to niech będzie, co dają!
U P D A T E
No i jeszcze jedno - nowy rok to dla mnie nowe otwarcie. Zatrzaskuję drzwi za tym debilnym czasem, który mamy jakby już prawie za sobą. Kończę raz na zawsze z wojowaniem i tułaniem. Tak więc oznacza to nowego bloga. Adres udostępniam chętnym po napisaniu pierwszej notki, więc jak co to piszcie w dym na qeddar[at]gmail.com - no! Będzie lepiej!