Taki zwykły piątek, taka zwyczajna sobota - by się wydawać mogło, a podziało się jak za najlepszych starych, dobrych kawalerskich czasów. Ale coby po kolei było. Najpierw czerwony procentowy alarm, bo pani w firmie z okazji nowego roku trochę za dużo poświętowała i trza ją było eskortować do domu. Całe szczęście, że u mnie alkoholizm rozkwita na dobre dopiero po zachodzie słońca, bo by to równie ciekawe było, gdyby wiejska mnie pod pachę do mojej wiekowej limuzyny tarabaniła. Potem akcja impreza u niewidzianego ponad dwa i pół roku kumpla, z którym dzielimy uwielbienie do pewnej bardzo seksownej agnieszki z domu na pe. No i byłem błogosławiony między parami, bo przy okazji się okazało, że dzieciaki wpadły. Tak czy inaczej mister (un)cut-coś-tam odważnie dotrzymywał mi kroku w subtelnym uprocentawianiu się. Podkreślam - w subtelnym. Bo co jak co, ale w towarzystwie nie upijam się aż tak, jak w domu pod nieobecność niepotrzebnych świadków. Zazwyczaj...
Dzisiaj wstałem rano z mocno pokiereszowaną głową. No i mam nauczkę, że nie popija się gruszkowej sześćdziesięcioprocentowej brandy żubrówką z sokiem jabłkowym. Bo to odwieczny konflikt gruszki z jabłkiem. Jak już przy gruszce jestem pamiętam, jak nasza sekretarka wywaliła do mnie z tekstem, że dzwonił pan od funduszy gruszka albo gałuszka - a dzwonił wiśniewski. Boska... Ale miałej o dzisiaj pisać, a nie o zeszłym kwartale. Tak więc zaraz po południu wpadł eksiu cały roztrzęsiony - yyy, to złe słowo - podniecony, bo właśnie wrócił od kandydata do tytułu byłego (czyli aktualnego swojego słońca, które nie tak dawno było już zachodzącym słońcem, a jak się w rezultacie okazało, to nie żaden zachód był a jedynie chmurka niewielka...) i przeżywał jak nelli rokita donalda tuska, że jest zajebiście sweet-and-sweat z panem trzy iks. No i jakieś pół dnia potem okazało się, że się poprztykali i znowu jest siekiera-motyka-dwa balony... Ale pewnie w chwili, gdy pisze te oto słowa, wszystko może wyglądać już całkiem inaczej. Wiadomo - relacje gejoffskie to nieodgadnione coś, co frapuje mnie na równi z gumą arabską... Potem jeszcze wpadł dżek z migotką, która pochłonęła pół babcinego ciasta. No i ukradli mi przy okazji pół kolekcji filmowej (może to wyda się niektórym dziwne, ale brzydkich filmów u siebie mam może dziesięć - nie lubię przewidywalnych zakończeń i temu uwielbiam modę na sukces, bo tylko ona nigdy się nie kończy... no i ja czasem też nie, jak wypiję...). Pogadaliśmy o facecie dżeksa i facecie migotki. Zresztą ja i migotka mamy tego samego - w wirtualnym wymiarze... No i posiedzieli, pogadali, popili i pojechali. Tak więc jak przystało na prawie emeryta weekend idealny. Jeszcze tylko jutro nasza-klasa-meeting i można uznać minione dni za co najmniej tak udane jak wyścig balkonikowych babci do komunii...
No i na koniec chwila dla publiczności. Normalnie komentów tu tyle, co na stronie lokalnej gazety dotyczącej miejscowości uzdrowiskowych na śląsku... Ale powinniśmy chyba przyspieszyć... Po pierwsze jeśli ktoś olewa moje telefony, to powinien liczyć się z bacikiem, choćby wirtualnym. Po drugie - swatanie nie jest fajne (choć jeśli zakończy się sukcesem, to nawet może być...), a jolanta rutowicz to nowa maria curie-skłodowska i margaret thatcher czasów nowożytnych. Po trzecie swatanie do rozerwania nie jest aż tak potrzebne - wystarczy ostry aktyw. Po czwarte - marudę lubię. Zawszę lubiłem. A na nowy rok życzenia złożę odrębnym pismem...

Jeszcze jedno powinienem napisać, ale na chwilę obecną nie napiszę. Bo czasem trzeba strzec swej dupy i duszy. Tyle, że skupmy się już powoli na tym drugim...
1 - komentarze:
sie dziwisz, ze malo komentow? jestes jak murzyn na pasach, albo pajacyk co wyskakuje z pudelka... zreszta em ma tak samo ;)
nasza-klasa boszzzzz ;) na szczescie jestem daleka od zarejstrowania sie tam. uwazam,ze po pierwsze, to se ne vrati. a po drugie, z tymi, z ktorymi chce, utrzymuje kontakt, a z tymi co nie chce, to go nie mam ( i vice versa oszyviscie :D) i nie powinno to sie zmieniac. ostatnio zreszta, kumpelka z liceum na gadu sie pozalila: pamietasz harcerke? wprosila mi sie do domu. nawet nie zdazylam zaprotestowac i teraz sie ukrywam... hmmmm to mowi samo przez sie.
to ten.... happy new year :D zreszta.. teraz nie wiem, czy zyczyc sukcesow na niwie zawodowej czy w zyciu osobistym ;) mysle sobie, ze jednego i drugiego. a ty wezmiesz, co bedziesz chcial :***
Prześlij komentarz