poniedziałek, 31 grudnia 2007

Styczeń. W styczniu nie działo się za dużo, chociaż może zawodowo się podziało więcej. Się poreorganizowaliśmy, a przy okazji zwolniliśmy dwie panie po czterdziestce. Znaczy nie ja, ale szefostwo. Smutno się stało tak jakby. Ale świat nie wierzy łzom...

Luty. Krótki miesiąc. Pierwsze i jedyne w życiu valentine's day. Ale normalnie prawie jak ceremonia oscarowa. Niestety pierwszoplanowy aktor był po dwudziestoczterogodzinnej zmianie i zasnął. No i seks był. Ale w innych domach z betonów...

Marzec. Durny miesiąc w kalendarzu. Szczególnie pierwsza dekada, w której przyszło mi przyjść na świat. Poświętowaliśmy trochę. Chociaż w samotności, bo eksiowi się nie chciało i pojechał do domu. Niemniej poczuliśmy się dojarzalej. Ale jak pokażą kolejne miesiące - wesołe jest życie staruszka...

Kwiecień. No i się stało. Big bang. Adieu mon dieu. Się skończyło babce sranie. Po dziesięciu miesiącach zostałem pożegnany. Kulturalnie się odbyło jak na pedalską parę, choć wypowiedzenie nabierało mocy urzędowej jeszcze dwa miesiące. Ale powrotów nie będzie...

Maj. Ponoć to miesiąc miłości. Ale pewnie cudzej. Chyba za bardzo jeszcze się nie odnalazłem w nowej roli porzuconego kochanka, ale przyjdzie z czasem. W sumie miesiąc zakochania przeleciał mnie delikatnie mówiąc inaczej niżby się mogło to wydawać. Ale saska kępa i tak z pewnością pachniała. Ale nie byłem akurat w stolycy...

Czerwiec. W czerwcu chyba wojażowałem po węgrzech pędzać na zbicie karku wielkim dżipem. Bo robiłem za wożąc miss daisy. Potem jeszcze czechy i słowacja, a na koniec na chwilę do dedeeru wpadłem. A potem ktoś wyprowadził się ode mnie na prawie swoje. Tak więc podróżny worek i butelki coli dwie to lewy czerwcowy dwa...

Lipiec. To straszny miesiąc - patrzysz przez okno, a wszędzie pełno bachorów. Najlepsze w tym jest to, że autobusy jakby pustsze się wydają. W sumie nie pamiętam co się działo, bo tak naprawdę nie stało się nic...

Sierpień. Świnoujście. Bez dwóch zdań. Bandą pedałów pojechaliśmy wyrywać dupy nad morze. Skończyło się na tym, że je wylegiwaliśmy. Nikt nikogo nie poderwał, a nawet chyba nie przeleciał. No chyba że dzieciaki, bo nawet na plaży wiochę robiły. Więc czułem się co najmniej jak w pracy. Ale za to opaliłem się idealnie. Bo dziewczyny lubią brąz. Pff...

Wrzesień. We wrześniu dzieci idą do szkoły, a ja powinienem pójść z nimi. Po rozum do głowy najlepiej. Bo jak inaczej podsumować randkę z ciemnowłosym i doktorkiem, jak nie totalna pomyłka. Jak można było się umówić z kimś, kto na giegie na moich czternaście linijek bezsensownego tekstu odpisuje jedną buźką. Jak można było się umówić z kimś, kto zaraz po wymianie numerów gadulcowych wypłakuje się ze swego nieszczęścia i beznadziejności plus spowiada ci się z sesji u terapeuty... Bo fantazja, fantazja jest od tego. Aby bawić się, bawić się na całego!

Październik. Staż w sercu europy. Chociaż lepiej by to określić mianem dupy europy. W sumie w si-wi super sprawa, a tak naprawdę sam nie wiem po co mi to było. Najdłuższy miesiąc mojego życia spędzony w piwnicy za pięćset ojro. No i powróciłem tu, gdzie nadwiślański brzeg - tyle że kaczek jakby mniej na wodzie...

Listopad. W listopadzie dostałem kopa do góry. Aż mnie jeszcze przedziałek między pośladkami swędzi. Aaaa, no i coby nie było - nie dałem tego przedziałka nikomu. Nie tędy droga... Znaczy może tędy. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Więc zamiast dupą, szczytowałem głową. Znaczy tą wyżej. Bosh, tak czy inaczej muszę rozejrzeć się za jakąś szparką-sekretarką...

Grudzień. Jeszcze trwa. W sumie kilka imprez, kilka prezentów, kilka uśmiechów. I kończymy ten rok - jakby to powiedzieć - z mieszanymi uczuciami. Nauczyłem się sporo o sobie, wiem co dla mnie ważne, a co nie. Wiem co chcę osiągnąć, a nie wiem jak się do tego zabrać. Tak czy inaczej nie żałuję wiele, a niewiele nie żałuję wcale... Co by zacytować mojego ulubionego szanciarza - żegnam staruszkę lekki cały i ruszam w dół po schodach, nagle potykam się o mały wyjątek w jej prognozach. i myślę tak spadając z hukiem niby dojrzała gruszka - w końcu przyszedłem po naukę zatem niech żyje wróżka!


A na nowy rok (z małej literki ling!) - czyli 365 dni + 1 w promocji (będę jeden dzień dłużej młodszy :P)- wszystkim wam i sobie również życzę więcej mnie. Cobym tego bloga nie skasował aż do wielkanocy. No i żeby jutrzejszy rok był mniej wyboisty od tego, który się skończył. Bo długa droga daleka przed nami - trud i znój! Młode serca, a w rękach... yyy... zależy czy kto wolny czy nie... A poza tym robaczki kochane miłości wam życzę, a sobie kasy. Bo jak się nie ma, co się chce, to niech będzie, co dają!


U P D A T E

No i jeszcze jedno - nowy rok to dla mnie nowe otwarcie. Zatrzaskuję drzwi za tym debilnym czasem, który mamy jakby już prawie za sobą. Kończę raz na zawsze z wojowaniem i tułaniem. Tak więc oznacza to nowego bloga. Adres udostępniam chętnym po napisaniu pierwszej notki, więc jak co to piszcie w dym na qeddar[at]gmail.com - no! Będzie lepiej!

sobota, 29 grudnia 2007

Taki zwykły piątek, taka zwyczajna sobota - by się wydawać mogło, a podziało się jak za najlepszych starych, dobrych kawalerskich czasów. Ale coby po kolei było. Najpierw czerwony procentowy alarm, bo pani w firmie z okazji nowego roku trochę za dużo poświętowała i trza ją było eskortować do domu. Całe szczęście, że u mnie alkoholizm rozkwita na dobre dopiero po zachodzie słońca, bo by to równie ciekawe było, gdyby wiejska mnie pod pachę do mojej wiekowej limuzyny tarabaniła. Potem akcja impreza u niewidzianego ponad dwa i pół roku kumpla, z którym dzielimy uwielbienie do pewnej bardzo seksownej agnieszki z domu na pe. No i byłem błogosławiony między parami, bo przy okazji się okazało, że dzieciaki wpadły. Tak czy inaczej mister (un)cut-coś-tam odważnie dotrzymywał mi kroku w subtelnym uprocentawianiu się. Podkreślam - w subtelnym. Bo co jak co, ale w towarzystwie nie upijam się aż tak, jak w domu pod nieobecność niepotrzebnych świadków. Zazwyczaj...

Dzisiaj wstałem rano z mocno pokiereszowaną głową. No i mam nauczkę, że nie popija się gruszkowej sześćdziesięcioprocentowej brandy żubrówką z sokiem jabłkowym. Bo to odwieczny konflikt gruszki z jabłkiem. Jak już przy gruszce jestem pamiętam, jak nasza sekretarka wywaliła do mnie z tekstem, że dzwonił pan od funduszy gruszka albo gałuszka - a dzwonił wiśniewski. Boska... Ale miałej o dzisiaj pisać, a nie o zeszłym kwartale. Tak więc zaraz po południu wpadł eksiu cały roztrzęsiony - yyy, to złe słowo - podniecony, bo właśnie wrócił od kandydata do tytułu byłego (czyli aktualnego swojego słońca, które nie tak dawno było już zachodzącym słońcem, a jak się w rezultacie okazało, to nie żaden zachód był a jedynie chmurka niewielka...) i przeżywał jak nelli rokita donalda tuska, że jest zajebiście sweet-and-sweat z panem trzy iks. No i jakieś pół dnia potem okazało się, że się poprztykali i znowu jest siekiera-motyka-dwa balony... Ale pewnie w chwili, gdy pisze te oto słowa, wszystko może wyglądać już całkiem inaczej. Wiadomo - relacje gejoffskie to nieodgadnione coś, co frapuje mnie na równi z gumą arabską... Potem jeszcze wpadł dżek z migotką, która pochłonęła pół babcinego ciasta. No i ukradli mi przy okazji pół kolekcji filmowej (może to wyda się niektórym dziwne, ale brzydkich filmów u siebie mam może dziesięć - nie lubię przewidywalnych zakończeń i temu uwielbiam modę na sukces, bo tylko ona nigdy się nie kończy... no i ja czasem też nie, jak wypiję...). Pogadaliśmy o facecie dżeksa i facecie migotki. Zresztą ja i migotka mamy tego samego - w wirtualnym wymiarze... No i posiedzieli, pogadali, popili i pojechali. Tak więc jak przystało na prawie emeryta weekend idealny. Jeszcze tylko jutro nasza-klasa-meeting i można uznać minione dni za co najmniej tak udane jak wyścig balkonikowych babci do komunii...

No i na koniec chwila dla publiczności. Normalnie komentów tu tyle, co na stronie lokalnej gazety dotyczącej miejscowości uzdrowiskowych na śląsku... Ale powinniśmy chyba przyspieszyć... Po pierwsze jeśli ktoś olewa moje telefony, to powinien liczyć się z bacikiem, choćby wirtualnym. Po drugie - swatanie nie jest fajne (choć jeśli zakończy się sukcesem, to nawet może być...), a jolanta rutowicz to nowa maria curie-skłodowska i margaret thatcher czasów nowożytnych. Po trzecie swatanie do rozerwania nie jest aż tak potrzebne - wystarczy ostry aktyw. Po czwarte - marudę lubię. Zawszę lubiłem. A na nowy rok życzenia złożę odrębnym pismem...


Jeszcze jedno powinienem napisać, ale na chwilę obecną nie napiszę. Bo czasem trzeba strzec swej dupy i duszy. Tyle, że skupmy się już powoli na tym drugim...

czwartek, 27 grudnia 2007

Można kurwicy dostać, gdy zapisujesz się do fryzjera na dziewiętnastą, a łaskawie sadzają cię na fotel o dwudziestej. A jeszcze większa jazda się zaczyna, gdy przez dwadzieścia minut do ciebie nikt nie podchodzi, bo akurat panna fryzjerka - powiedzmy skromniejsza wersja jolanty rutowicz - robi jakiejś tam pani balejaż i bawi się w zwijanie sreberek. No i wreszcie wychodzisz z tego pożal-się-boże salonu (bo akurat w moim nie było miejsc). Dodam, że podkurwiony na maksa, bo okazało się, że lepiej strzyże pan franciszek zajmujący się zawodowo zbieraniem owczego runa. Bosko. Po prostu tak bosko, że aż kurwa mać.

Że niby klnę na blogu? Że jeszcze nigdy nie kląłem? Wreszcie trzeba. Nosi mnie, a spuścić się z krzyża (coby klasyka zacytować) nie ma kaj (co by innego klasyka przytoczyć). Po prostu bosko. Ale na szczęście jutro piątek i impreza w stylu house się szykuje. Zostałem zaproszony do pary gejuff, z których jednego znam osobiście (ostatnio się spotkaliśmy w dniu dziecka 2005 roku w pociągu do katowic), a drugiego z opowieści tego pierwszego. Na szczęście będą jeszcze dzieciaki, które jakoś działają na mnie wybitnie odprężająco. Ale tak to już jest z dziadkami i wnukami. Jak się jest rodzicem, to najchetniej oddałoby się swoje potomstwo na mydło. Ale jak już się jest dziadkami, to najchętniej na mydło oddałoby się rodziców tych wnuków... Bosko. Poza tym pan numer jeden chce mnie wyswatać. Jeszcze bożej (czy tak się stopniuje bosko?). Tak czy inaczej kupiłem dwie flaszki. Jeszcze tylko gwiazdę betlejemską i można iść się pobawić przy sałatce, śledziku i kieliszkach. Normalnie wypisz wymaluj impreza imienionowa moich parentów...


Jestem w szoku, że mi się bloga zachciało pisać. Normalnie odlatuję. Pamiętam te fajne czasy jakieś dwa lata temu, gdy zaczynałem swoją przygodę z literkami. Fajnie było. Idę o zakład, że chciałbym, by tamte czasy wróciły. Zresztą i inne przemyślenia mam po świętach. Aż się we mnie to wszystko kotłuje. No ale są osoby, które jednym "odrzuć" na komórce to wszystko obróciły w wielki znak zapytania. Pytanie - czy warto?

wtorek, 25 grudnia 2007

BŁOGOSŁAWIONYCH!

Tja. No i poświętowaliśmy. Jak dla mnie wystarczy. Najchętniej wróciłbym do pracy, zamknął się pośród sterty papierów i pracowałbym nad procedurą do czternastu tysięcy euro. A tak jeszcze dzień bezsensownego siedzenia w domu, słuchania po raz siedemnasty z rzędu wersji wheel of fortune 2007. Trzeba być jednak mężczyzną i przetrwać święta do końca. Z godnością - jak powiedziała mi pewna pani podczas składania sobie życzeń w robocie...

Dostałem kilka prezentów. Portfel od wiejskiej z groszem na szczęście. Gumki do auta. Również od wiejskiej, bo te które tam były jakby nieco zużyte się jej wydały. A do tego irysy. Pani wiejskiej chciała sprzedać papierosy, bo kto przy zdrowych zmysłach takie durne cukierki kupuje. Tylko jednego wiejska zapomniała - igieł. Oj chyba szykuje coś na urodziny, bo nigdy się jej to nie zdarzyło. Ode mnie pewube dostała pejczyk, książkę o niej i dla niej, a poza tym dwie puszki piwa, paczkę kardamonu, paczkę cynamonu, imbir, goździki, miód i sok malinowy. I żeby nie było - dwa kubki kamionkowe. Mam nadzieję, że się kapnie, że zaproszenia na grzańca oczekuję...

Alkohol doprowadzi mnie do zguby. Jeden pan się wydawał nieco interesujący, ale jak tylko się dowiedział, ze się mega-alkoholizuję, to dał sobie na wstrzymanie. Ale co zrobić, gdy pod choinką znajduje się czerwone wino, wermuta i żubruffkę w żubranku. I to jeszcze jaką żubruffkę - bez soku... Czas się zebrać w sobie i głośno powiedzieć - lepiej być znanym pijakiem niż anonimowy alkoholikiem! Niech żyją święta! A jutro moż napiszę coś o dwóch panach, którzy się wydawali nieco fajni, a okazali się tylko pedałami. Bosko...

niedziela, 23 grudnia 2007

sobota, 22 grudnia 2007

Świąteczna przerwa mnie przeraża. Jak nic pięć dni siedzenia w domu. Nienawidzę takiej bezsensownej bezczynności, która spleciona w warkocz z rodzinną atmosferą staje się nieznaszalna. Bosko. Tak czy inaczej trzeba będzie to przeżyć. Ale czy wyjdę z tego żywy? Nie dam sobie głowy uciąć... Potem dwa dni i powrót do królestwa celulozy, by udać się na kolejne świętowanie - tymczasem nowego roku. no i wczesniej trauma... sylwester... Całe szczęście, że w tym roku jestem w pracy. Przynajmniej nie będę się musiał tłumaczyć co z kim, kiedy, gdzie i jak... Ale jeszcze jedno, bo by mi umknęło - merry christmas & happy new year bejbs :)

wtorek, 18 grudnia 2007

Życie to gra. A właściwie handel barterowy. Gra, w której nie chodzi o wygraną, ale genialnie dokonaną transakcję. Coś za coś. Nieustanne pasmo zawierania kompromisów. Niby coś masz, ale oddajesz, żeby mieć co innego, bo niby bardzo chcesz to mieć, a tak naprawdę w ogóle tego nie chcesz. Albo chcesz, ale w głębi duszy wolałbyś coś innego. A jak już masz to jest całkiem ok pod warunkiem, że nie masz mozliwości by wgłębić się wto, że nie jest okay. Tak czy inaczej życie to pasmo niekończących się niespodzianek. I to takich na miarę jajek niespodzianek - kupujesz jajko, w głębi serca chcesz malowaną ręcznie figurkę, a dostajesz układankę pszczołę, której każdy pasek to akwarelowa farba. No i są jeszcze skrzydła. Tak. Skrzydła. Cienkie niczym firanka, kiczowate niczym cerata, przydatne niczym łechtaczka. Ale są. I co teraz z nimi zrobić? Może najlepiej by było, gdyby zlepić je warstwą miodu, który przypadkowo kupiliśmy do grzańca. Albo wręcz przeciwnie rozpostrzeć i wznieść się wysoko, byleby nie zahaczyć o wroga ikara, a przyjaciela ludzkości zarazem. To jest ten oto problem, który trapi ludzkie serce póki nie zajmie się nim izaak. O ile się zajmie nim izaak. Czy jednak się nim zajmie? Nie ma mowy. I to właśnie jest problem, a nie to jak finansowany jest pekaes...

Dziwowałem się światu niczym marceli szpak, gdy skonstatowałem, że jeszcze parę par oczu śledzi moje tu pisanie. Tym bardziej chciałbym odpowiedzieć na komentarze, które zostały tutaj pozostawione niczym pranie na słońcu z reklamy chajzera. Aż się wybielą, wyblakną i bóg wie co jeszcze... Sajlent urzędniczko kochana, przytulam cię wirtualnie niczym własny zszywacz do serca. Kto wie czy czasem zszywki nie wyskoczą niczym w scenie z hostelu piętnaście... Abi perło, możesz łechtać się w moszne ile wlezie. Nie jestem jak pies ogrodnika... Mgnienios ciastkowy! Prawie, prawie... zobaczysz co będzie w 2008, bo moje noworoczne postanowienie to wiesz jakie jest... Ajsi - wakacyjny prawie romansie, nie nadajesz się na asystentkę, bo patrząc na ciebie wisiałby mi język po pępek, a praca leżałaby odłogiem niczym polska gospodarka...

A tak w ogóle, to tzw. wyższe urzędnicze sfery to syf. W co ja się w ogóle dałem wpakować?

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Koleś, na którego miejsce popchnąłem wiejską, zwolnił się z pracy. Urażona męska ambicja nie pozwoliła mu przejąć jej obowiązków. Bo jakby to wyglądało na wsi, gdyby zajmował się papierkową robotą zamiast zarządzać jednym z najbardziej strategicznych elementów wiejskiej administracji. Rudy (asystent) odchodzi zza biurka. Idzie o piętro wyżej. I jak mu dobrze pójdzie zastąpi za parę lat wsiową zytę. Dostanie na dodatek swój gabinet, umowę na czas nieokreślony plus stosowną podwyżkę. I nową szefową. A ja dostanę nową asystentkę. Blond-wenus o anielskim usposobieniu, która prywatnie jest dziewczyną znajomego. Cudownie. Pierwszy krok na drodze do gabinetowego romansu. Uwielbiam takie ckliwe biurowe życie...

W sumie niby firma niewielka, ale tym co się tam dzieje można by spokojnie pół stołecznego magistratu obdarzyć. I tak zyta z królową śniegu ostro sprzeciwiły się wypłaceniu nadwyżki środków z wyborów damie pik, bogini informatyzacji i panu, który naprawia długopisy. Wolały kasę oddać wojewodzie niż żeby dostali ją inni. Bogini informatyzacji pożarła się z przepitą gębulką, że aż była moja szefowa a obecna podległa musiała ich godzić. Plotkara idzie na chorobowe, bo jej dysk wysiadł (w sumie jak się goni z piętra na piętro zamiast usiąść na dupie i wklikać dane do kompa, to tak potem jest), w związku z czyn na górze tylko lokatorka zostanie. Bosko. Kocham te swoje baby. Gdzie by mi było tak źle, jak nie tam...

Ponoć wyglądam jak mister universum. Tyle że ktoś, kto się odważył na takie porównanie, zapomniał wspomnieć o roczniku, w którym tego "mistera" mieli wybrać. Tak czy inaczej czuję się połechtany w mosznę.

niedziela, 16 grudnia 2007

Eksiu został porzucony przez swojego faceta. Smutno mi. Nie z powodu ich rozstania, ale z powodu smutku eksia. Wiem, wiem... Nie umiem się wznieść ponad to, by być jak mroczkowa matka z em jak sraczka, która stała się najlepszą przyjaciółką kochanki swojego męża. Jakoś chyba scenariusza mojego życia łepkowska nie pisze. Tym samym nie będę się zgrywał na samarytanina, który będzie tryskał miłosierdziem, jak co niektórzy tryskają czymś innym w dark-roomach i nie będę biadolił nad czyimiś rozpadniętymi związkami. Smutno mi jednak i przykro, że eksiu jest smutny i cierpi. Reszta niech będzie milczeniem. Jego milczeniem. Ja się nie wtrącam. Jestem tylko po to, by wysłuchać. By być... Jeśli on będzie tylko chciał. Niech o tym zawsze wie.

czwartek, 13 grudnia 2007

Hipkowi urodziło się przed miesiącem dziecię. Na całe szczęście dla malucha nie odziedziczył wagi i odbicia w lustrze po tatusiu. No może tylko ma kartoflany nos, ale to można jakoś przeżyć. Albo zrobić sobie operację jak jedna moja znajoma przed dwoma tygodniami. Tylko sześć tysięcy by z jastrzębiego nosa przejść na gołębi dzióbek. Po cholorę to jej? Po pierwsze ma faceta od jedenastu lat tego samego, po drugie wszyscy wokół uważali, że wygląda ciekawie, a po trzecie, jeśli tylko ma jej to w czymś pomóc, to jestem jak najbardziej za. Sam bym sobie zrobił prostowanie własnego. Nosa ofkors coby nie było, że coś innego.

Wiejska awansowała. Nie powiem, że nie bez mojej pomocy. W sumie jednak na awans i podwyżkę cieniem kładzie się jej pan małżonek. Swoją drogą wolałbym być kolejne ćwierć wieku w celibacie niż z nim chociażby przez miesiąc. Inna sprawa, że pierwsza część poprzedniego zdania może być całkowicie prawdziwa. Ale nie o tym. W sumie czasem jest mieć dobrze wokół siebie szczęśliwych przyjaciół. Eksio promienieje miłością, wiejska wkrótce zapromienieje samotnością, a ja? Może zapromieniuję niczym czarnobyl w osiemdziesiątym szóstym. Pamiętam, że miałem wtedy świnkę, a jak wiadomo świniak u chłopców powoduje totalną niepłodność, więc może dobrze, że raczej nie będę się starał o przedłużenie własnego dna, bo mógłbym się srogo zdziwić.

Taka jedna wredna mała koleżanka z przedszkola prowadzi sklep z ciuchami w centrum mojej metropolitarnej dzielnicy, gdzie przyszło mi wieść kawalerskie życie. Dodajmy, że z męskimi. Więc na wystawie wyczaiłem boską koszulę na spinki do mankietów, a że ostatnio jestem fetyszystą spinek z wywieszonym jęzorem wpadłem coby kupić kolejną, w którą mógłbym wetknąć to i owo. No i niestety okazało się, że małpa w czerwonym znowu zrobiła mi psikusa, bo koszule były tak poskładane, że nie miały zapiętego guzika, a na wierzchu tylko pusta dziurka była. A w taką dziurkę ja swoich klejnocików wkładać nie będę. A fe!

sobota, 8 grudnia 2007

Dzisiaj pierwszy raz wystąpiłem jako wicepierwszy. No i od razu miałem akcję, bo pomyliłem nazwisko mojego największego wroga, któremu sprzątnąłem tytuł wicepierwszego sprzed nosa. No i będzie się działo...

Ostatnio spotkałem się z kolesiem. Smucił mi kilka dni, że mamy się uwidziec, no i się uwidzieliśmy. Bosko. Właściwie to było jako tako, ale totalnie cały czas miałem wrażenie, że gadam z amigowym dizzym. Bosko. Wredny jestem i typowo pedalski, acz ostatnim moim łóżkowym kochankiem był mój ostani eks już jako eks. Więc nie tak bardzo chyba jednak pedalski. Bosko dwa...

Dzisiaj wypiliśmy z wiejską trzy piwne grzańce. Omówiliśmy sobie naszą wspólną wycieczkę, gdzie wiejska dowiedziała się, że nie zestarzeje się ze swoim ślubnym, a ja z kolei, że mam miłośc sobie odpuścic, bo czeka mnie KARIERA. Bosko! Ale wróżka mi z rąk wyczytała, że jestem dobry w łóżku, na co ja nieskromnie odpowiedziałem "WIEM". Bosko raz kolejny...

Jest gwieździste niebo tej nocy. To musi coś znaczyc... Poza tym choinka w centrum bebe jest boska!